Język polski. Cz. 3: Czy utrata aspiracji jest powodem do wstydu?

„To było przecież niedawno tak, jak okiem sięgnąć zmienił się świat” – usłyszałam kilka dni temu w radiu. Prorocze słowa! Wsłuchałam się w nie uważniej niż zwykle i uderzyło mnie, jak wokalista wymówił „t” w „to”. Po angielsku. Śpiew to nie mowa, rządzi się innymi prawami, jednak angielskie „t” słyszę coraz częściej. Nowa moda.

W języku praindoeuropejskimi (prajęzyku, z którego rozwinęły się wszystkie języki indoeuropejskie, m.in. bałto-słowiańskie i germańskie) istniały aspiraty, takie jak „th” i „dh”. Na gruncie prasłowiańskim straciły jednak aspirację i zmieniły się w „t” i „d”. Dlatego wymawiając „t”, po prostu dotykamy przodem języka górnych zębów („t” jest spółgłoską przedniojęzykowo-zębową). Języki germańskie zachowały aspirację – angielskie „t” jest aspiratą, czyli spółgłoską wymawianą z przydechem: dotykamy językiem przedniej części górnego podniebienia i gwałtownie go opuszczamy. Jeśli weźmiemy kartkę papieru, zbliżymy ją do ust i wymówimy polskie „t”, kartka ani drgnie. Przy angielskim „t”, z aspiracją, kartka się poruszy pod wpływem powietrza wydostającego się z naszych ust.

Hrabia z „Lalki” udający Anglika i mówiący „tek” na pewno wymawiał „t” z aspiracją. Ta moda szerzy się w mediach i infekuje kolejnych prezenterów prawie jak koronawirus. Czy ktoś zna Anglika, który wymawia „t” po polsku w angielskich słowach, bo nauczył się polskiego? Chyba nie. Anglicy nie snobują się na Polaków, nie uważają, że polski jest atrakcyjniejszy niż ich język ojczysty.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.